Dlaczego taka podróż?
Przed wyjazdem
Start
WIZY / granice
Księga Gości
Bułgaria
Egipt
Estonia
Grecja
Węgry
Iran
Jordania
Litwa
Łotwa
Polska
Rumunia
Rosja
Słowacja
Syria
Turcja


Grecja(III)

"Polowanie na mosty" .

Być może uważacie za dziwne mówienie o mostach. Lecz trzeba zacząć od tego, iż stary grecki sen wreszcie się realizuje: połączenie Peloponezu z resztą kontynentu poprzez most o długości dwóch kilometrów . W ten sposób nie trzeba już będzie nadrabiać drogi podążając do Przesmyku Korynckiego, ani też brać promu. To firma francuska Vinci realizuje ten projekt...



W bezpośrednim pobliżu mostu umieszczono ekspozycję wyjaśniającą metody i ciekawostki związane z jego konstrukcją. Zresztą trzeba przyznać, iż wszystko to diabelnie ciekawe. (Mimo to byliśmy jedynymi zainteresowanymi...)

Ale wróćmy do naszego polowania na mosty. Ekspozycja ta zawierała również małą wystawkę poświęconą innym, głównie greckim mostom. Postanowiliśmy więc przedłużyć nasz pobyt w Grecji i poszukać tych cudów w rzeczywistości. Co okazało się sprawą nie tak łatwą... (Tym bardziej, że mieliśmy tylko kilka niezbyt precyzyjnych wskazówek, gdzie mogą się one znajdować.)



Zachód słońca poszukując mostu Arta i... sam most, tym razem już o wschodzie.



Akwedukt , a raczej jego ruiny w bardzo malowniczym krajobrazie. (Agios Georgios)



Czasami droga prowadzi przez rzekę... Czego się nie robi, by dotrzeć do mostu Plaka???


Most Plaka . Trzeba dodać, iż w pełni zasłużył na to, by szukać go przez kilka godzin. Zagubiony w górach, więc droga do niego powinna liczyć się podwójnie!



Wiszący most Lissia . Jeden z tych, które kosztowały nas najwięcej! Mieszkańcy pobliskiej wioski powiedzieli nam, że aby odnaleźć ten most, wędrówkę należy rozpocząć od klasztoru znajdującego się na szczycie góry. Trzeba więc wspiąć się na górę i później zejść na dół z innej strony. Wspinaczka? Cóż to dla nas! Chyba w tym momencie nie podejrzewaliśmy w co tak naprawdę się ładowaliśmy!

Zapadał wieczór. Wspięliśmy się na górę (z tej strony samochodem) i na szczycie faktycznie zauważyliśmy małą ścieżkę, która miała prowadzić do wiszącego mostu. Postanowiliśmy przynajmniej zobaczyć go z góry, aby następnego dnia rozpocząć prawdziwą wędrówkę w jego kierunku. Po godzinie marszu tą ścieżką, przed naszymi oczami były jednak tylko wysokie góry naprzeciwko, a w dolinie nie widać było nic, co mogłoby je łączyć mostem... Nasze poszukiwania odłożyliśmy więc do następnego dnia.

Po spokojnie przespanej nocy rozpoczynamy naszą przygodę. O godzinie 9-tej jesteśmy już na ścieżce. Zaczynamy naszą wędrówkę i najpierw schodzenie z góry: z początku istnieje jeszcze ścieżka (jest to mała dróżka głównie dla baranów!), choć dosyć niebezpieczna. Obok przepaście. Kamienie leżą na ścieżce i bardzo łatwo jest się poślizgnąć i... Później "ścieżka" cała zamienia się w kamienie. Jest jeszcze gorsza, więc po tych kamieniach, które wyślizgują nam się spod nóg i spadają na dół, staramy się zejść tak, aby ani nie złamać sobie karku, ani przynajmniej nie połamać nóg. Nie przerywamy jednak, idziemy, a szczerze mówiąc prawie sturlamy się na dół! Później wciąż jest stromo, ale zaczyna się las... Niestety gdy udaje nam się zobaczyć kawałek rzeczki znajdującej się w dolinie, wcale nie widać żadnego mostu. Docieramy jeszcze niżej. Dalej nie ma przejścia! Przepaść! Z małej polanki, na której się znaleźliśmy, oglądamy rzekę. Nie widać mostu. Kierujemy się więc na lewo przedzierając się przez krzaki, aż do zdobycia następnej polanki. Znów oglądamy wodę i znów nic. Jesteśmy trochę rozczarowani. Taka wycieczka, tyle starań, tyle wędrówki i potu i... nic! (Gdybyśmy w tym momencie wiedzieli, co nas jeszcze czeka!!!)

Postanawiamy sprawdzić jeszcze może z prawej strony. Widzimy teraz, że nie tak łatwo przyjdzie nam znaleźć nasz most. Znajdujemy małą ścieżkę i bez większej nadziei maszerujemy, maszerujemy... Głównie w górę. Droga zamiast obniżać się do wody, wspina się coraz wyżej. Zastanawia nas to i martwi. Jak mamy dotrzeć do mostu, który na pewno jest w dole, gdy coraz bardziej zbliżamy się do gwiazd, a nie do ziemi???


Docieramy znów do jakiejś polanki. I tym razem... WIDZIMY MOST! Jest pod nami, ale dzieli nas taka odległość, przepaść i żadnej możliwości zejścia na dół. Kontynuujemy więc naszą ścieżką, ona wciąż się wspina. Wspinamy się więc i my. Jednak po jakimś czasie droga coraz bardziej idzie w górę i z punktu, gdzie teraz jesteśmy nie widać żadnej odnogi biegnącej w dół. Most jest już daleko za nami. To nas dołamuje. Postanawiamy zawrócić, by odnaleźć jakąś choćby minimalną odnogę biegnącą w dół. Zawracamy dość sporo i gdy już jesteśmy niedaleko od dołu, odnajdujemy małą ścieżynkę biegnącą na sam dół. Schodzimy. Docieramy do rzeki. Ale po jakimś czasie okazuje się, że nie możemy iść ani dalej wzdłuż, ani jej przekroczyć. Woda jest zbyt głęboka, zimna i porywista. Wracamy więc tą samą dróżką, a potem tak jak poprzednio wspinamy się. I... wspinamy, wspinamy. Znów mijamy most, który jest daleko w dole, droga wciąż biegnie w górę.

Wreszcie widzimy małą dróżkę, która wciąż się obniża. Idziemy nią. Jest kamienna i wyjątkowo stroma. Schodzimy całą górę, aż do rzeki. Później zawracamy, bo most został przecież w tyle i... wreszcie WIDZIMY GO!!! I tym razem CAŁKIEM Z BLISKA!!! Jest tuż obok i możemy nim się przejść. Bawimy tu niemało czasu. Tyle kosztowało nas dotarcie do niego, więc teraz korzystamy na maksimum z osiągnięcia naszego celu.

W poszukiwaniu mostu kluczyliśmy po górach 5 godzin. Teraz jest 14.30 i zaczynamy wracać spiesząc się, bo wiadomo, że teraz w zimie słońce zachodzi wcześniej. Prawie biegniemy pocąc się. Nie wiadomo skąd bierzemy jeszcze siły na taką pogoń i do tego znowu w górę! O godzinie 17-tej, niewiele przed zachodem słońca, docieramy znów na górę obok klasztoru. Nigdy chyba do tej pory nasz dom- samochód nie brakował nam aż tak bardzo. Jesteśmy skonani! Nie muszę chyba dodawać jak mocno spaliśmy tej nocy...


Noc spędziliśmy w pobliżu Peramy, gdzie zwiedzaliśmy groty. Pogoda całkiem się popsuła, w nocy rozpętała się burza. I cóż za niespodzianka! Z rana nad brzegiem pobliskiego jeziora czekał na nas taki spektakl!

Potrzeba było współpracy trzech czynników (wiatru, mrozu i słodkiej wody), by powstał ten fenomen. My moglibyśmy jeszcze dorzucić czwarty: nasze szczęście, że byliśmy tam w tej właśnie chwili!





To nazywa się mrozić sobie wąsy!



Most braci Plakidas . Jeszcze jeden, którego było tak ciężko znaleźć!

Jego zdjęcie widzieliśmy podczas ekspozycji o mostach i trzeba to przyznać: to właśnie on i jego charakterystyczny kształt rozbudził w nas pasję polowania na mosty. Tylko, że o miejscu, gdzie przebywał on w rzeczywistości nie wiedzieliśmy NIC!!! Tak więc po początkowych poszukiwaniach, odpuściliśmy go sobie. Choć z wielkim smutkiem... W tym regionie szukaliśmy innego mostu i cóż za niespodzianka!

Przyznajcie, że jest wspaniały, zbudować taki most to prawdziwa sztuka...



Mały (choć tym razem całkiem nieprzewidziany) dodatek do naszej wystawki o mostach. I kto to powiedział, że budowanie mostów to prawdziwa sztuka?!?

(A tak nawiasem, ten most też nas kosztował. Tym razem było to spotkanie z grecką policją...)



Powrót do Bułgarii...